Jak przeżyć kilkaset amatorskich kilometrów?

Czerwiec i lipiec to najlepsze miesiące na wykręcanie rekordowych dystansów. Dni są długie, noce krótkie, a przez całą dobę panuje przeważnie wysoka temperatura, umożliwiająca jazdę w lekkich ubraniach. Rosnąca liczba rowerzystów skutkuje coraz większą ilością śmiałków, którzy pragną mieć na koncie wypady trwające często całą dobę. Ukończenie takiej próby to niezwykły powód do dumy i materiał na pasjonujące historie, którymi zadziwiać można wszelkiej maści rowerowych i nie rowerowych znajomych jeszcze przez wiele miesięcy czy nawet lat, następujących po rekordowym wysiłku. Pokonanie na rowerze 300, 400 a nawet 500 km za jednym zamachem nie mieści się w głowach 99% ludzi żyjących na naszej planecie, która czuje się mocno zmęczona nawet po przejechaniu takiej trasy samochodem. Tym większa więc motywacja do udowodnienia sobie i innym, że odpowiednio wytrenowany organizm, dla którego jazda rowerem nie jest jedyną wykonywaną w życiu czynnością, jest zdolny do przełamywania nawet największych barier!

W mojej rowerowej karierze mam na koncie kilka dłuższych wypadów – rekord dobowy to 501 km, zdarzyło się także kilka tras mierzących około 350km. Obecne natężenie wszelakich poza rowerowych obowiązków nieco utrudnia podobne wycieczki, dlatego cieszę się, jak po zakończeniu jazdy na Garminie widnieje wynik trzycyfrowy, gdzie pierwszą cyferką jest 2. Mam nadzieję, że uda się jeszcze kiedyś zaliczyć kilkunastogodzinny wypad – to niesamowite przeżycie.

Wspomniane doświadczenia skłoniły mnie do podzielenia się kilkoma istotnymi spostrzeżeniami dotyczącymi pokonywania takich właśnie dystansów przez kolarza-amatora. Mam nadzieję, że poniżej zawarte porady ułatwią wielu z Was podjęcie decyzji o zaatakowaniu poważnego dystansu i pozwolą w pełni cieszyć się pokonywanymi z trudem kilometrami.

hel_3

Ta lepsza opcja startu – o świcie. Rowery przygotowane na 500 km – żadnych bagażników, toreb, sakw – jak najmniej bagażu, jak najwięcej oświetlenia!

Na wstępie kilka istotnych kwestii. Wszystkie długie wypady rowerowe zaliczyłem na rowerze szosowym – typowa kolarka na wąskich oponach, żadna czasówka czy przerabiany treking. Wszystko odbywało się w 100% na asfalcie, w normalnym ruchu samochodowym, bez pomocy pojazdów mechanicznych osłaniających od wiatru czy tym podobnych ułatwień. Nigdy też specjalnie nie trenowałem pod daną wycieczkę – nakręcone od początku danego roku kilometry wystarczały, aby wierzyć we własną, wysoką formę. Rower nie jest i nigdy nie był moim jedynym zajęciem – był i jest wplatany w wybuchową mieszankę pracy, innych sportów (siłownia, pływanie) i, często hucznego, imprezowania, ciężko więc mówić o systematycznym treningu. Po prostu zwykłe nabijanie kilometrów gdzie się da i kiedy się da. Mieszanka wybuchowa.

hel2

Start wycieczki na Warszawa – Hel – piątek, godz. 19:00. W składzie 3 szosy i 1 rower poziomy!

Najczytelniej będzie, jak po prostu wypunktuję swoje doświadczenia i wnioski z nich płynące. Inaczej wyszłaby z tych wspomnień potężnej grubości książka. Ustosunkuję się także do powszechnie dostępnych porad i wskazówek, które, o czym przekonałem się na sobie, nie są uniwersalne i nie dotyczą każdego. Do dzieła!

  • dystans: 300-400 km pokonasz bez zahaczania o noc, latem ciemno jest raptem przez 5 godzin, pozostałe 19 w zupełności wystarczy
  • 500 km to już wysiłek na pełne 24 godziny – zarywasz noc, warto więc zastanowić się, czy ruszać wieczorem i noc mieć na początku, czy o świcie. Testowałem obie opcje i wybieram tę drugą – start ok. 4-5 rano to zawsze chociaż kilka godzin snu przed zbiórką, ruszając wieczorem masz już kilkanaście godzin aktywności za sobą, a dokładając dobę wysiłku wydłużasz czas bez snu do ponad 30 godzin, co pod koniec wycieczki może skończyć się zaśnięciem
  • ekipa: ma być możliwie mała – moim zdaniem optimum to 3-5 osób w zbliżonej formie i na tym samym typie roweru. Im więcej osób, tym więcej gum i skurczy do złapania, tym większa szansa, że ktoś zacznie marudzić i spowalniać resztę. Jechać trzeba zdecydowanie, z krótkimi postojami, a gdy ktoś zaczyna wyraźnie odstawać od reszty – doholować na najbliższy pociąg i pożegnać – to może brutalne, ale pozwoli reszcie ukończyć dystans, a cierpiącemu pozwoli odpocząć i uniknąć bolesnych kontuzji. Tak bywa, nie każdy musi dać radę, jak nie dziś, to innym razem.
  • jeżeli nie jechałeś wcześniej danej trasy, albo chociaż większości jej odcinków, warto posłużyć się gotowymi trasami z internetu lub od znajomych – rysowanie palcem po mapie często może skończyć się wyjechaniem na bardzo dziurawą, albo szutrową drogę, co skutecznie zniechęca do jazdy
  • pętla wokół domu czy opór w jedną stronę i powrót pociągiem – obie opcje ciekawe, ta pierwsza bardziej mi się podobała – po przejechaniu 450 km głowa nie pracuje już normalnie i myśl, że już niedługo będziesz czyściutki w ukochanym, własnym łóżku, z zimnym piwkiem w dłoni, bardzo motywuje. Bardziej, niż wizja kilku godzin powrotu pociągiem czy spania w mocno przypadkowych miejscach, w ciągłej obawie, czy aby rowerom nic nie grozi…
  • bagaże – jak najmniej! Wycieczka jest szosowa, a my mamy XXI wiek i bogatą sieć stacji benzynowych i sklepów nocnych. Poza obowiązkowym zestawem naprawczym, wzbogaconym o drugą dętkę, zapas łatek i smar (w połowie 500km wypadu warto nasmarować łańcuch), w kieszeni jakaś kurteczka czy lekka bluza i to wszystko! Żadnych plecaków, sakw, wielkich toreb podsiodłowych, bagażników – wszystko można kupić po drodze – pamiętaj tylko, aby poza kartą płatniczą, mieć przy sobie trochę gotówki – od napotkanego w środku nocy człowieka nie kupisz nic płacąc kartą, tym bardziej nie odwdzięczysz się za pomoc tą drogą. Gotówka to gotówka – otwiera wiele, pozornie zamkniętych, drzwi.
  • w związku z powyższym – daleką wycieczkę planujesz zapewne ze sporym wyprzedzeniem, ale jeżeli na dzień, dwa przed planowanym startem jest bardziej niż pewne, że solidnie Cię podleje lub wyziębi – przełóż wypad o tydzień lub dwa. Ciepła, sucha doba trafia się wiosną i latem dość często, a pozwoli skutecznie obniżyć ilość bagażu i uczyni całą wyprawę znacznie przyjemniejszą.
  • odżywianie i nawadnianie – tu wiele jest poradników i złotych myśli. Podczas moich rekordowych wypadów żywiłem i poiłem się raczej normalnie – bez pochłaniania góry makaronu w dniu poprzedzającym – z pełnym żołądkiem nie śpi się najlepiej. Solidne śniadanie na 1-2 godziny przed startem, kilka batoników (np. Snickers) w kieszeni wystarczy na pierwsze 100-200 km. Potem możesz już spokojnie robić postoje i doładowywać energię – u mnie sprawdzało się wszystko – lody (przy wysokiej temperaturze), kanapki, zdarzyły się kebab i pizza – oczywiście wszystko w dużych ilościach. Nigdy nie stosowałem żeli energetycznych – są dobre na wyścigi, trwające 2-5 godzin, kiedy liczy się możliwość szybkiego wciągnięcia porcji węglowodanów, co nie pozbawi nas cennych na mecie sekund. W omawianym przypadku raczej nie ma mowy o ściganiu – zawsze warto poświęcić choćby 15 minut na postój i porządne jedzenie. Żele w dużej ilości mogą dodatkowo skutkować problemami żołądkowymi, a to skutecznie odbiera chęci do dalszej jazdy. Warto urozmaicić dietę – cała doba na słodyczach to nic przyjemnego, a przeplatana mięsem czy np. pieczywem to już zupełnie co innego. Napoje – przeważnie woda, czasem coca-cola, soki i tym podobne. Izotonik nie zaszkodzi, ale niech nie góruje nad innymi płynami – on też może ostro namieszać w naszym układzie pokarmowym. Nie zapominaj o ciepłej kawie czy herbacie, odpuść napoje energetyczne – oczywiście jedna puszka 250 ml nad ranem nikogo nie zabije, wręcz przeciwnie. Ważne, aby nie przesadzić.
  • Dolegliwości bólowe – na pewno wystąpią. Początkowy ból tyłka przeważnie ustępuje po 150 km, ale w jego miejsce pojawiają się inne. Na bolące plecy polecam prosty zabieg – jeżeli mocno cierpimy w drugiej części wycieczki, wystarczy przekręcić mostek o 180 stopni, tak, aby kierownica znalazła się nieco wyżej i bliżej ciała – tak, to jest mało PRO, ale tu nie chodzi o piękne zdjęcia do albumu czy sztywne trzymanie się zasad kolarskiego rzemiosła – ważne, aby dojechać do mety i móc w miarę normalnie funkcjonować w kolejnym tygodniu. Nie żałujmy kremu typu Sudocrem na pachwiny – ich otarcie jest mało przyjemne i może nawet uniemożliwić jazdę. Mała tubka smarowidła w kieszeni na ewentualne dokładki mocno wskazana! Tu najbardziej liczą się wykręcone wcześniej kilometry – im więcej godzin na rowerze, tym lepiej przygotowane są nasze nogi, ale także ręce, plecy, kark czy nadgarstki.
  • Nie eksperymentujmy – tu akurat w pełni zgadzam się z licznymi poradnikami. Do jazdy wybierz sprawdzony sprzęt, nie zakładaj do roweru nowych części, co do których nie masz pewności, jak spiszą się na długim dystansie. Opony, cały napęd, siodełko czy kierownicę warto mieć sprawdzone – nawet, jeżeli nie są w idealnym stanie, to dobrze je znasz i wiesz, czego się po nich spodziewać. Testowanie nowych części daleko od domu to po prostu nie najlepszy pomysł.
  • Podobnie z odzieżą rowerową – załóż sprawdzony zestaw, spodenki z dobrą wkładką i górę, której rozmiar pozwala spokojnie oddychać. Po kilkunastu godzinach chcąc nie chcąc mocno się odwodnisz i być może ubędzie Ci kilogram czy dwa z masy ciała, ale pamiętaj, że jednocześnie brzuch przyjmie naprawdę zacne ilości jedzenia i może nieco „spuchnąć” – bardzo dopasowane ubrania mogą mocno irytować pod koniec trasy.
  • Jestem bardziej niż pewien, że znaczna część rowerzystów, w tym niestety i ja, nie sprawdza dokładnie przed każdą jazdą swojej maszyny – poruszamy się przeważnie blisko domu, dzięki czemu ewentualne poważne usterki kończą się co najwyżej na wezwaniu ekipy ratunkowej w postaci znajomego/rodziny z samochodem. Przed długą trasą warto przejrzeć rower – klocki hamulcowe, stan ogumienia, naciąg szprych, dokręcenie wszystkich śrub – nie zajmie to dużo czasu, a pozwoli wyeliminować drobne niedociągnięcia, które mogły przerwać Twój atak na upragnioną życiówkę.
  • Wóz techniczny – niekoniecznie. Raz próbowałem – owszem, przydaje się, ale równie dobrze może go nie być – jeżeli pogoda sprzyja, wszystkie potrzebne rzeczy zmieścisz w kieszeni, a nie będzie konieczności wyciągania znajomych na pasjonującą wycieczkę samochodem „500km ze średnią 27 km/h”. Uwierz mi – taka jazda to nie lada wyzwanie dla kierowcy!
  • Warto oczywiście mieć przy sobie tzw. powerbank, czyli niewielki akumulator do doładowywania podczas jazdy wszelkich elektronicznych urządzeń, których będzie na pokładzie zapewne sporo. Jak już robisz duży dystans, warto mięć go w pełni udokumentowanego.
  • Na koniec – motywacja! To najważniejszy czynnik. Jej braku nie nadrobisz sprzętem ani dobrym jedzeniem. Musi Ci się chcieć. Po kilkunastu godzinach jazdy głowa płata figle – pojawiają się pytania „co ja tutaj robię?”, „po co jadę, skoro nie ma za to żadnej nagrody?”, „czemu nie poświęciłem weekendu na byczenie się z piwkiem na plaży, jak to zrobiła większość znajomych?”. Jedziesz, bo chcesz pokazać coś sobie, przełamać bariery, mieć co opowiadać kolegom i rodzinie przez najbliższe lata. Dołączysz do bardzo elitarnego grona ludzi, którym udało się siłą własnych mięśni pokonać kilkaset kilometrów za jednym zamachem. Tego rodzaju aktywności to dla zwykłego człowieka całkowita abstrakcja, a Tobie się udało. Wielu nazwie Cię wariatem, ale będzie jednocześnie szanować i zazdrościć, że masz taką fajną pasję i oddajesz się jej z takim zaangażowaniem. Ostatnie kilometry, pomimo, że ciężkie, uciekają dość szybko – warto skupić się wówczas na czekającej na mecie nagrodzie – czy będzie to zimne piwko, ciepły prysznic czy wygodne łóżko – to już sprawa indywidualna. Będzie bolało, będziesz to czuł w kościach przez kilka dni – ale to bardzo pozytywny, można nawet powiedzieć – przyjemny – rodzaj zmęczenia! No i powtarzaj sobie, że to, co tak długo planowałeś, za kilka godzin zrealizujesz i będziesz miał wreszcie spokój na najbliższe kilka tygodni – aż do kolejnej poważnej wyprawy!

hel1

Helu nie udało się zdobyć, skończyło się w Jantarze! 375 km wpadło, a rower poziomy wcale nie był najsłabszym ogniwem.

Mam nadzieję, że powyższe doświadczenia i wskazówki ułatwią podjęcie decyzji o zaatakowaniu na rowerze poważnego dystansu i, co najważniejsze, pozwolą zakończyć ów próbę powodzeniem. To niezapomniane przeżycie, do którego wraca się później latami. Nie da się tego kupić, dostać ani znaleźć – to trzeba po prostu zrobić!

Krzysiek

5 thoughts on “Jak przeżyć kilkaset amatorskich kilometrów?

  1. Cześć,
    Fajny wpis. Właśnie przygotowuję się do 340km.
    Powiedzcie mi jak wygląda sprawa tempa? Lepiej założyć sobie z góry od samego początku prędkość niższą i taką trzymać nawet jak wydaje się to za wolno, czy może jeśli „fabryka” na początku pozwala cisnąć trochę mocniej.
    Jeżeli mówimy o szosie to czy lepiej np. trzymać stałe 27-30km/h max. czy może jeśli wiatr w plecy to cisnąć troszkę więcej?

    1. Cześć.
      Dzięki za miłe słowa.
      Na wszystkich długich wycieczkach jechaliśmy żwawo, ale nie przypominam sobie mocniejszych momentów. Trzeba przyjąć sobie minimalną prędkość, poniżej której nie warto schodzić, a przeważnie wychodzi 29-33 km/h prędkości przelotowej. Oczywiście jak mocno wieje w plecy to chcąc nie chcąc pewnie i 38 wyjdzie, ale nigdy nie podbijaliśmy tempa za bardzo nawet w takich przypadkach. Trzeba jednak oszczędzać siły. Średnia wychodziła zawsze w okolicy 27-28 km/h, co na takim dystansie jest całkiem niezłym wynikiem. Powodzenia!

  2. Jak dla mnie abstrakcja, ale szacun. Świetna przygoda a Twoja relacje jak się czyta, to zaczynam wierzyć że też dam radę 😀 ale powtarzam dla mnie abstrakcja.

    1. Dzięki! Obecnie panująca moda na wozy techniczne, nawet takie czekające co 50 km, trochę odziera kolarstwo długodystansowe z otoczki heroicznego wyczynu. Sprawę i tak wystarczająco ułatwiają liczne stacje benzynowe i sklepy całodobowe, wóz jest więc zbędny 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *