Nie dla każdego zima na rowerze. I nie chodzi o ciuchy…

Od kilku lat panuje w Polsce szał rowerowy. Jeżdżą starzy, jeżdżą młodzi. Dziewczynki i chłopcy. Po lasach, łąkach, górach i szosach. Zjawisko bardzo pozytywne i inspirujące. Tym bardziej szkoda, że przyszło nam żyć w klimacie nie do końca przyjaznym tego rodzaju aktywnościom. Choć z roku na rok jest jakby lepiej, to zima w końcu się pojawia i skutecznie zatrzymuje znaczną część amatorów dwóch kółek w domach, czy też popularnych piwnicach…

Pasja i miłość do rowerów są jednak silniejsze i co roku coraz większa liczba cyklistów ogłasza wszem i wobec, że „sezon rowerowy nie istnieje, jeździ się przecież cały rok, wystarczy tylko odpowiednio się ubrać”. Wszechobecne zdjęcia rowerów zakopanych po piasty w śniegu oraz twarzy pokrytych lodem mogą, po ich dłuższym oglądaniu, prowadzić do uczucia, że faktycznie wszyscy jeżdżą, tylko nie ja. Trzeba szczerze przyznać, że wymówek jest coraz mniej – wybór ciuchów na mrozy jest coraz większy, a złożenie roweru zimowego z części podarowanych przez znajomych to coraz mniejsze wyzwanie. Ale w całym tym szale zimowego szaleństwa, Sralpe i tym podobnych, oraz wielkiego zdziwienia, że ktoś, kto w ciepłe miesiące robi 8 tysięcy kilometrów zimą nie dotyka roweru, mało jest miejsca na zrozumienie dla dwóch, moim zdaniem, istotnych kwestii…

Minusy jazdy zimą

Zimowa jazda, choćby na najlepszym rowerze i w najlepszych ciuchach, jest jednak dużo bardziej niebezpieczna niż letnia. Ryzyko bolesnej gleby na śniegu czy lodzie jest spore, a cała historyjka o doskonaleniu techniki na nic się zda, jak po jednej z takich gleb załatwimy się na tyle mocno, że cały następny rok swój ukochany rower będziemy tylko cyklicznie przecierać z kurzu, żeby za szybko nie zniknął pod jego zwałami, nie używany przez wiele miesięcy. Na szosie też nie jest wesoło – widoczność jest gorsza, a czujność kierowców uśpiona – wszak zimą wielu z nich zapomina, że istnieje coś takiego jak kolarz. Wracając do gleb – w mojej rowerowej karierze leżałem dosłownie 3 razy – dwie z gleb to nieudane stójki (nie wypięcie się z bloków), trzecia, bolesna, to właśnie gleba na lodzie, przykrytym świeżym śniegiem. Bolało kilka dni i na szczęście nie zakończyło się niczym poważnym. Latem się nie przewracam i oby tak zostało.

Nie wszystkim pomogą dobre ubrania…

Ale bardziej dziwi mnie pomijanie innej, właściwie niezależnej od człowieka kwestii. W nagonce na zimowe kręcenie ludzie zapominają, jak bardzo się między sobą różnią. W jak odmienny sposób odczuwają temperatury. Znam osoby, które dosłownie nie znoszą lata, z utęsknieniem czekają na mróz i śnieg. I odwrotnie, jak jest w moim przypadku – urodziłem się w złej szerokości geograficznej – zimna nie trawię, marznę błyskawicznie już od 10 stopni w dół, dobrej jakości ubranie pomaga tylko na chwilę. Wiecznie skostniałe stopy odbierają chęć do życia i wychodzenia z domu przy ujemnych temperaturach. Nie wyjaśnię tego z biologicznego punktu widzenia – nie mam odpowiedniej wiedzy, a przepisywać nie lubię – ale z doświadczenia wiem, że temperatura to wartość względna i dla każdego ma inne wartości. Nie mogę nadziwić się mijanym zimą przechodniom, dla których 20 minutowy postój na przestanku w mroźny dzień w biegowych, letnich butach to nic szczególnego, podczas gdy ja zamarzam ubrany w ciepłe buty i dwie pary skarpet. Uwielbiam natomiast upał i dla mnie ciągle mogłoby być 30 stopni w cieniu. Tak już jesteśmy stworzeni i niewiele da się z tym zrobić…

Dlatego pomimo, iż mam w szafie sporo typowo zimowych ciuchów, a ostatnio kupiłem nawet typowo zimowe buty szosowe – Mavic Frost (trochę pomogły, wytrzymuję nieco dłużej niż w ocieplaczach) – to przy mniej niż 5 stopniach nie jeżdżę. Marznę po chwili i tylko przerwanie jazdy i przebieżka mogą pomóc, co oczywiście nie jest łatwe w masywnym, zimowym stroju rowerowym, a poza tym nie wychodzę przecież truchtać.  Osiem lat temu przejeździłem jedną zimę – nie wiem, jak to zrobiłem, ale jakoś udało się przeżyć – było wtedy wyjątkowo zimno i śnieżnie. Pamiątka jaką mam z tego okresu to uszkodzony widelec Rock Shox Reba w góralu, który po prostu zatarł się od ogromnej ilości wszechobecnej, słonej wody. Nigdy więcej…

Inne zimowe aktywności

Warto zachować rozsądek w zimowej cyklozie – zima nie trwa długo, zaraz się skończy i znowu kilometrów przybywać będzie w postępie geometrycznym. A przerwę w kręceniu można spędzić na wiele kreatywnych sposobów – nadrobić zaległości kinowe, odnowić relacje z nierowerowymi znajomymi, poświęcić czas na inne pasje, popływać na basenie czy przypakować trochę na siłowni. No i jest oczywiście spinning – moim zdaniem 2 godzinki tygodniowo wystarczą dla podtrzymania niezłej formy, oczywiście jeżeli solidnie przepracowało się ciepłe miesiące.

Nic na siłę – a na pewno nie kosztem zdrowia. Jeżeli nie urodziłeś się zimowym rowerzystą, pogódź się z tym, nie panikuj, że zostaniesz w tyle, po prostu korzystaj z tych kilku tygodni luzu – głód roweru sprawi, że powrót na dwa kółka będzie smakował wyjątkowo dobrze, a nadrobienie zaległości przyjdzie szybciej, niż się spodziewasz. Wszak rower masz we krwi!

Krzysiek

3 thoughts on “Nie dla każdego zima na rowerze. I nie chodzi o ciuchy…

  1. Największa przeszkoda w swobodnej jeździe zimowej to nie ciuchy czy pogoda ale ZANIECZYSZCZENIE POWIETRZA. Ludzie palą w piecach, słupy czarnego czy (jeszcze gorzej) żółtego dymu biją z kominów – oddycha się okropnie! Szkoda…

    1. To cenna uwaga. Zapewne dotyczy głównie mieszkańców południa, czy może całej Polski? Ostatnio było głośno o tym na przykładzie Krakowa, gdzie pali się czym popadnie w piecach. Podobno mają się brać za to na poważnie. Oby!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *