Podhale – szosowy raj na każdą nogę!

Mazowsze, a dokładniej Warszawa, gdzie mieszkamy, oraz najbliższe jej okolice, są coraz bardziej przyjazne kolarzom szosowym. Jakość dróg zdecydowanie poprawiła się na przestrzeni ostatnich kilku lat, co idzie w parze ze wzrostem kultury kierowców samochodów, którzy coraz przychylniej traktują nas, rowerzystów, i dzielą się cennym miejscem na zatłoczonych szosach centralnej części Polski. Także te mniejsze, lokalne drogi, są w coraz lepszym stanie, co daje możliwość wytyczania nowych, nieznanych dotąd tras i poznawania ich w gronie rowerowych znajomych, których w naszym regionie nie brakuje. Szosowanie po Mazowszu ma jednak jedną istotną wadę – nie brakuje wypadów, z których przywozimy 100 km w poziomie i tylko 100 m w pionie. Takie rezultaty wywołują szerokie uśmiechy na twarzach znajomych z pozostałych województw, pofałdowanych znacznie bardziej od płaskiego jak stół Mazowsza. Oczywiście są sposoby na nabijanie przewyższeń – można przecież podjechać 100x słynną Agrykolę w Warszawie, albo katować do znudzenia stromy podjazd pod Górą Kalwarią. Cyferki co prawda poprawimy, ale cena, jak przyjdzie za to zapłacić, jest stanowczo za wysoka. Kto nie podjeżdżał jeszcze krótkiego podjazdu przynajmniej 50 razy, nie będzie wiedział, co mamy na myśli. Spróbujcie – zapewne na dłuższy czas odechce Wam się choćby patrzeć na ukochany rower. Polecamy tylko w wyjątkowych, treningowych przypadkach.

Takich widoków poszukujemy – na Podhalu ich nie brakuje!

Absolutny Brak Gór skłania nas do ciągłego poszukiwania pofałdowanych szos. Testowaliśmy już Pomorze – bardzo fajnie, podjazdów sporo, tylko drogi nieco wąskie, dziurawe i niekoniecznie bezpieczne – często gęsto obsadzone drzewami, których cień powoduje, że nawet w słoneczne dni kolarze nie są wystarczająco widoczni. Każdy mijający nas samochód to gwarantowana dusza na ramieniu – zauważył, czy nie? A boczne, mniej oblegane szosy są bardzo często mocno zaniedbane – jazda po nich grozi w najlepszym przypadku pogubieniem połowy uzębienia… Jeżeli znacie ciekawe, dobrej jakości trasy na północy – koniecznie dajcie znać w komentarzach!

Jako opcję jednodniową sprawdziliśmy też Góry Świętokrzyskie – okolice Skarżyska Kamiennej. Świetna sprawa dla Warszawiaków – dojazd samochodem zajmuje 2 godziny, można więc w ciągu całego dnia zaliczyć fajne 150 km po nieźle pofałdowanym terenie i spokojnie wrócić do domu na wieczorną imprezę.  Na pewno będziemy częściej organizować wypady w ten rejony. Ale dalej czegoś brakowało, a więc szukaliśmy…

Tuż obok przełomu Dunajca

Głód podjazdów zawiódł nas ostatecznie do Krościenka nad Dunajcem, gdzie nasz dobry znajomy, Tomek (pozdrawiamy!) bywa niemal co roku od urodzenia i zachwalał ten region jako niesamowitą odskocznię od nudnych, warszawskich rund. Malowniczo położone miasteczko to świetna baza wypadowa na całe Podhale. Dobre kilka lat temu, podczas krótkiego wypadu, jeszcze z rowerem górskim na wyposażeniu, zjeżdziliśmy okoliczne trasy i zakochaliśmy się w nich od pierwszego wejrzenia. Na tyle mocno, że do samego Krościenka wróciliśmy jeszcze dwukrotnie, a na bazę kolejnych dwóch wyjazdów, już stricte szosowych, wybraliśmy, dla odmiany, położony nieco bardziej na zachód Groń w 2014 roku, oraz leżący nieopodal Trybsz, gdzie spędziliśmy tegoroczną majówkę. Wszystkie 3 miejsca to raczej spokojne osady, położone z dala od turystycznego zgiełku, który na Podhalu koncentruje się w Szczawnicy nad Dunajcem, oraz w sławnych Tatrzańskich – Białce i Bukowinie. Cisza i nieco senna atmosfera sprawdzonych przez nas miejscówek pozwalają szybko i skutecznie zregenerować się po całym dniu wspinaczek, aby kolejnego dnia, w pełnej gotowości i sile, stawić czoła okolicznym wzniesieniom. Do rzeczy…

W takich okolicznościach przyrody podjazdy to czysta przyjemność!

Wspomniane kilka wizyt na Podhalu pozwoliło nam dość dobrze poznać co ciekawsze trasy w rejonie od słynnego Gliczarowa i Bukowiny Tatrzańskiej na zachodzie, aż do Piwnicznej Zdrój na wschodzie. Oczywiście nie ma sensu ograniczać się do Polskich dróg – zahaczaliśmy też o Słowację – z wymienionych baz noclegowych do granicy PL-SK mamy średnio 15 kilometrów, a więc tyle, co mocny rzut solidnie naoliwioną, 3-rzędową korbą…

Podhale bardzo przyjaźnie traktuje rowerzystów. Większość dróg jest w dobrym lub bardzo dobrym stanie, ruch samochodowy jest umiarkowany, a kierowcy kulturalni – ci miejscowi na pewno przyzwyczaili się już do obecności kolarzy na drogach – przez cały rok śmiga tam przecież spora grupa lokalnych mistrzów, na czele z Kubą, którego znacie zapewne z fanpage na Facebooku o wiele mówiącej nazwie „Szosą po Podhalu” – wrócimy do niego za chwilę.  W naszej opinii niemal każda droga dostarcza niesamowitych, pozytywnych wrażeń, zwłaszcza wypłaszczonemu do granic możliwości warszawiakowi. Radzimy unikać jedynie drogi 969, łączącej Nowy Targ i Krościenko – ruch jest tam dość duży, jeździ sporo TIRów i mniejszych ciężarówek, dzielnie walczących z ciężkimi podjazdami. Nie ma sensu utrudniać im życia, ryzykując przy okazji utratę własnego.

Ścieżki rowerowe na Słowacji zachwycają wysoką jakością

Na solidne poznanie okolicy wystarczą 4 pełne dni na miejscu, idealny byłby tydzień, ale nawet weekend, pod warunkiem, że dojazd i powrót zaliczymy w nocy, będzie wystarczający, aby nacieszyć nogi i oczy pięknymi trasami. Na Podhalu ciężko znaleźć płaskie odcinki – i o to przecież w tym wszystkim chodzi. Maksymalne nachylenia, z jakimi najczęściej się spotkamy, to coś pomiędzy 10 a 12% – oczywiście zdarzają się lepsze ścianki, ale jest ich niewiele i trzeba dobrze wiedzieć, jak do nich dotrzeć. Nic to – przecież wspomniane nachylenia, ciągnące się czasami po kilka kilometrów, solidnie dają w kość, wynosząc nas na przyzwoite wysokości, skąd, łapiąc chwilę oddechu, mamy okazję nacieszyć oczy przepięknym widokiem na Tatry w ich pełnej krasie i okazałości. Warto więc mieć przy sobie porządny aparat fotograficzny lub kamerkę – do zrobionych na Podhalu fotek będziecie na pewno często i z wielką przyjemnością wracać przez pozostałą część sezonu.

Będąc na miejscu należy koniecznie zaliczyć:

  • znaną z etapów Tour de Pologne Ścianę Bukovina, czyli ciężki podjazd z Gliczarowa Dolnego do Górnego – krotki odcinek o nachyleniu 15-20% solidnie daje w kość, nie każdemu śmiałkowi bez doświadczenia udaje się pokonać go nieprzerwanie – przerwa w połowie niestety nie ułatwia sprawy, gdyż wspomniane nachylenie skutecznie utrudnia wznowienie podjazdu (chyba, że mamy w rowerze wyjątkowo lekkie przełożenia);

Obowiązkowa fotka z Gliczarowa – to dopiero połowa podjazdu. Zdjęcia nie oddają właściwie nachylenia.

  • Łapszanka – niepozorna górka, na którą prowadzą 3 drogi: od strony Rzepisk, od Łapsz Niżnych lub ze słowackiej Osturni. Każda o sporym nachyleniu, ale zupełnie innym charakterze. Koniecznie spróbujcie każdej opcji.
  • Z Łapszanki właśnie, z której rozpościera się przepiękny widok na Tatry, zjeżdżamy do Łapsz Niżnych, gdzie skręcamy w prawo w stronę Niedzicy. Otrzymujemy w ten sposób ok. 15 kilometrów ciągłego zjazdu, przez malownicze pola i miasteczka, po dobrym asfalcie, w większości z solidnymi prędkościami. Kilkanaście minut świetnej zabawy!
  • Przełom Dunajca – zaczyna się w Szczawnicy, całość ma ok. 10 km, z czego większość to droga szutrowa, szosowcy komfortowo przejadą pierwsze 2 km – na końcu asfaltu odbijamy w lewo na słowacką Leśnicę, a zaraz za nią pokonujemy piękny, wymagający podjazd na niezłej wysokości wzniesienie, z którego szalony zjazd i skręt w prawo na drogę 543 zaprowadzą nas ponownie na granicę, do malowniczego Czerwonego Klasztoru, skąd możemy uciec głębiej na Słowację, lub wrócić krótszą drogą do Polski.
  • Właśnie z Czerwonego Klasztoru warto odbić w lewo, na Spiskie Hanusovce i dalej Spiską Wieś. Dobrej jakości drogi i pełne kolorowych domów wioski mijane po drodze to tylko niektóre z atrakcji. Największą na tej trasie jest podjazd, a następnie zjazd ze Spisskiej Magury – wdrapanie się na nią to średniej klasy wysiłek, ale już zjazd – pierwsza klasa! Wyremontowany w 2014 roku asfalt pozwala na osiągnięcie zawrotnych prędkości na mało uczęszczanej przez samochody, krętej drodze. Wisienką na torcie jest sama końcówka – na prostym już odcinku drogi,  po wypłaszczeniu właściwego zjazdu, czyha na nas pozornie niewysokie wzniesienie, na które wjeżdżamy niesieni pędem z Magury. Finalny zjazd, który czeka za tymże wzniesieniem, to jedna z fajniejszych rzeczy, jakie przydarzyły nam się na rowerze – nazywamy go „wyrzutnią” – jeżeli akurat nie trafimy na mocny wiatr w twarz bez problemu rozpędzimy rower do 80 km/h, odważni mogą próbować więcej, po gładkim jak tafla wody asfalcie. Bajka – moc wrażeń i wspomnienia do końca życia. No i trzymajcie mocno kierownicę – potrafi nieźle bujać, zwłaszcza, gdy akurat zawieje z boku! Przed nami druga, bardzo malownicza część trasy – dojeżdżamy do miasteczka Slovenska Ves i skręcamy w prawo. Uwaga – można też skręcić nieco wcześniej, zachowując pożądany kierunek, ale czeka nas przejazd przez wieś Lendak, co stanowczo odradzamy! W całości przejęli ją wszechobecni w tym rejonie Romowie, którzy, delikatnie mówiąc, nie są przyjaźnie nastawieni do innych nacji. Kilka lat temu mieszkające tam dzieci obrzuciły nas kamieniami, a część z nich zaczęła nas po prostu gonić i w biegu sięgać nam do tylnych kieszonek, i to raczej nie po to, aby umieścić w nich upominek dla strudzonych kolarzy. Lendak to zło, które należy omijać wspomnianym, szerokim łukiem… Po skręcie w prawo kontynuujemy jazdę – na początku idealnie przygotowaną ścieżką rowerową, później już jezdnią. Jedziemy u stóp Tatr, widoki są więc niesamowite. Po kilkunastu kilometrach, ciekawych podjazdach i zjazdach docieramy do skrzyżowania, z którego skręt w prawo (dobrze oznaczony) zaprowadzi nas z powrotem do Polski, która wita nas niezbyt stromym, ale za to bardzo długim zjazdem, który jest nagrodą za trudy pętli, która ma w sumie plus minus 140 km i 2,5 km przewyższeń. Warto zaplanować na nią cały dzień.

Widoki z zapory Jeziora Czorsztyńskiego zapierają dech w piersiach!

  • Polecamy pokręcić też w okolicy Jeziora Czorsztyńskiego, zbudowanej na nim zapory oraz popatrzeć na stojący nieopodal zamek. Krajobrazów to pięknych zdjęć na pewno nie zabraknie w tej okolicy.
  • W pamięć zapadła nam także góra Ochotnica, którą znajdziecie na północ od wspomnianej drogi 969.  Warto podjechać i zjechać ją z obu stron – oba warianty istotnie się różnią, ale dostarczają podobnie niesamowitych wrażeń.

huza

Lokalny Heros – Kuba, znany jako Szosą po Podhalu – chętnie oprowadzi po okolicy

Powyższe trasy to tylko kilka propozycji do zaliczenia na Podhalu. Każdą z nich warto pokonać w obu kierunkach – gwarantujemy, że za każdym razem wrażenia będą równie mocne i niesamowite. Jeżeli zaś zabraknie Wam pomysłów lub po prostu potrzebujecie towarzysza i kogoś do motywowania na podjazdach, odezwijcie się do Kuby z Szosą po Podhalu – zawsze chętnie oprowadzi po okolicy, udowadniając przy tym, że jednak nie jesteście w tak dobrej formie, jak Wam się wydawało 🙂

Napisaliśmy, że Podhale jest dobre na każdą nogę. I nie przesadziliśmy. Oczywiście zakładamy, że nie będzie to Wasz pierwszy wypad na rower po zimowym spowolnieniu, i macie już w nogach kilka mocniejszych rund, nawet po płaskich drogach. W naszym przypadku sprawdza się metoda kręcenia na Mazowszu na stosunkowo twardych przełożeniach – kadencja ok. 75-80. Jeżeli nie ma górek, to jakoś siłę trenować trzeba – oczywiście zawsze można zaliczyć kilka wizyt na lokalnej górce i za każdym razem podjechać ją 50 razy. Ma to sens, ale trudno czasami znaleźć motywację do tak monotonnego kręcenia.

Gwarantujemy, że nie będziecie rozczarowani wizytą na Podhalu. Owocnego kręcenia!

 

6 thoughts on “Podhale – szosowy raj na każdą nogę!

  1. No to trochę pojeździliście po Podhalu, ale osobiście uważam że na Słowacji trasy rowerowe są słabe, tzn. te wyznaczone po zwykłych drogach, przyznać muszę że ruch aut jest nie wielki w porównaniu z Polską.

  2. Wklejcie link do trasy/stavy bądź cokolwiek please:) Jade do bukowiny na poczatku sierpnia i chciałbym się tą trasą przejechać. Cieżko z opisu całą ją wytyczyć:)
    Dziękuję!

    1. Poradziłeś sobie? Przepraszam za brak odpowiedzi, w tym roku już brakuje czasu na bloga, dlatego nieco poszedł w zapomnienie. Mam nadzieję, że wypad się udał i podobną traskę udało się zaliczyć!
      Pozdrawiam
      Krzysiek

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *